piątek, 2 września 2011

Kloszardzi w kabrioletach

Jest godzina 10.00. Letni poranek pod wielkim biurowcem. Piękni trzydziestoletni wjeżdżają błyszczącymi samochodami i wypucowanymi skuterami na parking. Z wnętrza samochodu wychyla się ręka z kartą magnetyczną. Szlaban do góry. Posiadacze kabrioletów wykonują tę czynność z charakterystyczną dezynwolturą. Wbici głęboko w skórzany fotel nie angażują przedramienia. Ręka pracuje tylko w łokciu. Robią to niedbale zwłaszcza, gdy są obserwowani. Ci od skuterów wjeżdżają na chodnik i szlaban omijają szerokim łukiem. Jedni wysiadają drudzy schodzą, ale jedni drudzy niechlujnie oglądają się na swój pojazd. Wymieniają spojrzenia, czasami nonszalancki uścisk. Wszystko jest jak należy. Bohaterowie nowoczesności pochłonięci od stóp do głów autokreacją opisywani w wielu artykułach jako hedoniści przełomu wieków czy żywe przykłady słynnego „anythig goes” Paula Feyerabenda, to w gruncie rzeczy ludzie kompletnie bez przyszłości. Pracują wyłącznie na umowę o dzieło, nie wykupują dodatkowych polis, bo nie mają o tym pojęcia. Konsumują na bieżąco, żeby odreagować stres. Dzisiaj „metkowani” abnegaci wyrzucają do śmieci puszkę Red Bula, by za trzydzieści lat wyjąć ją i odnieść do punktu skupu złomu.

2 komentarze:

  1. przeraziłam się nieco czytając to. Pracuję na umowę o dzieło i jeżdżę rowerem. Na szczęście nie piję Red Bula;)

    OdpowiedzUsuń

Szczyt wszystkiego