piątek, 2 września 2011

Wieprze i pedały

Siedziby firm badawczych, to chyba jedyne miejsce, w którym ofiary siedzą w wygodnych fotelach i jedząc sushi, obserwują swoich oprawców. Podłych sadystów, którzy za niewielkie pieniądze wyżywają się na spotach telewizyjnych, ogłoszeniach prasowych i materiałach promocyjnych. Po jednej stronie lustra weneckiego są ludzie, którzy wkładają w swoją pracę całe serce i rozum, a po drugiej stronie „przybysze” oceniają na chłodno wykradzione minuty z ich ulubionego programu lub serialu telewizyjnego.
Od badań zależy czy praca wyląduje w śmietniku, czy przefiltrowana przez grupę docelową pozwoli w trakcie filmu zrobić kawę czy pójść do toalety. Kilka przykladów: W czasie badań kampanii dla hipermarketu budowlanego podszedł do lustra mężczyzna w średnim wieku i usuwając sobie wydzielinę z nosa powiedział – Ja to jestem…można powiedzieć artysta taki…rzeźbiarz nawet bym powiedział…..całą boazerię w domu zrobiłem sam. Na badaniu promocji znanego napoju gazowanego młody człowiek powiedział – Gdybym miał 10 000 złotych kupiłbym mieszkanie sobie i matce, założył studio nagraniowe i jeździł po całym świecie. Konsumenci – studenci na badaniu porannego orzeźwienia, które miało wykazać, że młodzi ludzi wszystko mają w nosie, są offowi i gardzą markami, wprawili wszystkich w osłupienie swoją dojrzałością – Ania lat 18 - Będę miała dwóch synów Bartka i Stanisława, duplex na Ursynowie, Peugeota 306 z odkrytym dachem. Na badaniu programu lojalnościowego dla firmy tytoniowej, który w zamyśle autorów miał być aspiracyjny i nobilitujący wyszły zwykłe ludzkie rozterki i „przyziemne” problemy – Kochany ja nie chcę być żadnym VIP-em …czy ty wiesz, jak ja załatwiam potrzeby fizjologiczne?”

Prawdą jest, że wyższy szczebel pracowników agencji reklamowych, w przeciwieństwie do młodszego korzystającego z komunikacji miejskiej, kompletnie nie ma pojęcia, że ludzie się pocą, mają nieświeży oddech i „przyziemne” problemy. Dobrze czy niedobrze?
Po to są badania i inne narzędzia, które pozwalają poznać, przynajmniej przez szybę, ludzi zwanych „wieprzami”. Zresztą „wieprze” też mają swoje określenia.
W sklepie, w którym zawsze robię zakupy, sąsiad spytał mnie wprost – A pan to co robi w tej Warszawie? – Pracuję w agencji reklamowej – odpowiedziałem - Z tą bandą pedałów? Gdy jako „pedał” oglądam film w telewizji i w najważniejszym momencie przerywa mi go reklama „dla wieprzów”, zastanawiam się, czy była badana czy nie.

Kloszardzi w kabrioletach

Jest godzina 10.00. Letni poranek pod wielkim biurowcem. Piękni trzydziestoletni wjeżdżają błyszczącymi samochodami i wypucowanymi skuterami na parking. Z wnętrza samochodu wychyla się ręka z kartą magnetyczną. Szlaban do góry. Posiadacze kabrioletów wykonują tę czynność z charakterystyczną dezynwolturą. Wbici głęboko w skórzany fotel nie angażują przedramienia. Ręka pracuje tylko w łokciu. Robią to niedbale zwłaszcza, gdy są obserwowani. Ci od skuterów wjeżdżają na chodnik i szlaban omijają szerokim łukiem. Jedni wysiadają drudzy schodzą, ale jedni drudzy niechlujnie oglądają się na swój pojazd. Wymieniają spojrzenia, czasami nonszalancki uścisk. Wszystko jest jak należy. Bohaterowie nowoczesności pochłonięci od stóp do głów autokreacją opisywani w wielu artykułach jako hedoniści przełomu wieków czy żywe przykłady słynnego „anythig goes” Paula Feyerabenda, to w gruncie rzeczy ludzie kompletnie bez przyszłości. Pracują wyłącznie na umowę o dzieło, nie wykupują dodatkowych polis, bo nie mają o tym pojęcia. Konsumują na bieżąco, żeby odreagować stres. Dzisiaj „metkowani” abnegaci wyrzucają do śmieci puszkę Red Bula, by za trzydzieści lat wyjąć ją i odnieść do punktu skupu złomu.

Szczyt wszystkiego